Powiem szczerze, że tak na prawdę w dupie mam całą tą imprezę urodzinową syna. Co roku łapię się na tym samym. Co roku syn ma tego samego dnia urodziny a ja budzę się z ręką w nocniku. Co roku! Zaskoczona jestem. Ze swojej głupoty. Co roku robię wszystko na ostatnią chwilę, potem pierdolę wszystko, wkurwiam się i rzucam wszystko w kąt. Ciasto spierdoliłam. I to takie bez pieczenia! Na zimno! Jak można?! Włosów nie zafarbowałam. Ba! Nawet się nie wykąpałam! Bo powiem szczerze, że mam to w dupie. Z dekoracjami jestem w połowie, z jedzenia nie mam nic prócz nieudanego ciasta. Jak to dobrze mieć mamę, która zawsze pomoże. Czasem mam wrażenie, że mąż ma mnie bardziej w dupie niż ja te całe urodziny. Pomaga kiedy przyduszę. Pomaga kiedy widzi, że sobie nie radzę. Ale nigdy nie pomaga do końca. Zawsze zostawia w pół wykonanej czynności. A potem świeć oczami i przyjmuj obelgi od reszty. Marzą mi się urodziny w bawialni, restauracji lub gdziekolwiek indziej, gdzie żarcie dają i jeszcze posprzątają. Nie stać mnie. I dlatego tak bardzo chciałabym angażować się w urodziny dzieci jak na kochającą matkę przystało a nie umiem. Zawsze jak tylko coś spierdolę, w dupie mam całą resztę. Tak nie może być! Wstajemy rano, spinamy poślady i bierzemy się do roboty. Ciasta już nie uratuję, ale chociaż się wykąpię...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz